„JEDEN KADR – DWA PLANY – TRZY TEMATY” warsztaty fotograficzne z Pawłem Charą tym razem w Bieszczadach!
Serdecznie zapraszamy do udziału w kolejnych warsztatach fotograficznych organizowanych w ramach Rzeszowskiej Akademii Fotografii – projektu prowadzonego przez Stowarzyszenie PRO-TUR, kierowanego do wszystkich miłośników i pasjonatów fotografii!
Mottem przewodnim tegorocznej, drugiej edycji warsztatów będzie istota i znaczenie planów, kompozycji i światła w świadomym budowaniu obrazu fotograficznego. Trzydniowe, wyjazdowe warsztaty poprowadzi Paweł Chara – fotograf Nikon Polska, wykładowca Akademii Nikona, a także korespondent National Geographic Traveller.
Podczas tegorocznych warsztatów podzielę się z państwem moim doświadczeniem i wiedzą z zakresu świadomej fotografii. Poprowadzę zajęcia plenerowe, a także zorganizuję tematycznie podzielone bloki wykładów i dyskusji, w trakcie których wprowadzę państwa w świat obrazu, pamiętając o naszych głównych hasłach warsztatowych: Drugi Plan, Kompozycja i Światło.
Zapraszamy do udziału wszystkie osoby zainteresowane fotografią jako środkiem wyrazu, wrażliwe na urodę otaczającego świata i światła.
Zajęcia odbędą się w dniach 2-4 września 2011r. na terenie Bieszczadów. Bazą noclegową, oraz miejscem dla wieczornych podsumowań zajęć plenerowych jest pensjonat „Hnatowe Berdo” położony w Wetlinie – samym centrum Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Będzie to także nasz główny punkt wypadowy w teren, do właściwej części zajęć.
Zajęcia obejmować będą następujące, wybrane zagadnienia:
- metody poszukiwań motywu, przydatny sprzęt,
- dobór odpowiedniej optyki, czyli jak wyrobić fotograficzne oko,
- właściwy dobór sprzętu fotograficznego – jego możliwości i wpływ na ostateczny kształt fotografii (w tym fotografowanie obiektywem szerokokątnym – jak to robić właściwie i czego absolutnie nie robić),
- dobór metody i formy fotografii w zależności od siedliska i wybranego motywu, sztuka kamuflażu,
- praktyczne poznanie technik fotografowania w terenie, w zależności od miejsca, czasu i warunków pogodowych,
- sztuka komponowania obrazu (głębia ostrości, kojarzenie barw, kompozycja, perspektywa) na podstawie przykładowych fotografii wraz z omówieniem technicznych stron ich wykonania (metoda, warunki, sprzęt).
- emocje fotografa lub fotografowanej sceny (druga – i zasadnicza część – w terenie),
- konsultacje techniczne dotyczące najbardziej optymalnych (i czasami niezgodnych z potocznymi zasadami) ustawień sprzętu fotograficznego – czyli jak to zrobić, żeby wyszło lepiej niż w planie,
- fotografia artystyczna czy komercyjna – czy to się wyklucza?
- relacja między fotografem a portretowaną osobą / sceną – zachowania ( w teorii i praktyce ),
- indywidualne doradztwo i szlifowanie warsztatu każdego z uczestników,
- dyskusja – czyli czas na najważniejsze pytania i próby znalezienia na nie właściwych odpowiedzi.
Wszelkie szczegółowe informacje, program oraz warunki uczestnictwa w warsztatach znajdują się TUTAJ!
Warsztaty organizowane z wykorzystaniem środków finansowych pozyskanych w ramach dotacji Wydziału Kultury, Turystyki i Sportu Urzędu Miasta Rzeszowa.
Warsztaty fotograficzne 2011 – tym razem Bieszczady!
Tegoroczne warsztaty fotograficzne Rzeszowskiej Akademii Fotografii będą miały nieco inną – i naszym zdaniem jeszcze bardziej atrakcyjną niż poprzednio formułę.
Druga edycja planowana jest – nieco inaczej niż w roku ubiegłym – na przełomie drugiej połowy sierpnia / pierwszej połowy września bieżącego roku, w formie 3 dniowych, wyjazdowych zajęć plenerowych w Bieszczadach. Głównym wątkiem tematycznym warsztatów będzie kompozycja i światło w świadomym budowaniu obrazu fotograficznego. Zajęcia, podobnie jak w roku ubiegłym poprowadzi Paweł Chara – fotograf Nikon Polska, a od niedawna również korespondent chińskiej edycji magazynu National Geographic Traveller.
Na chwilę obecną ustalamy dokładny termin, program i lokalizacje plenerów oraz bazy noclegowej. Wszystkie szczegółowe informacje opublikujemy niebawem i niezwłocznie po ich potwierdzeniu, a osoby zainteresowane udziałem w warsztatach prosimy o nieco cierpliwości i … odpowiednie planowanie końcówki wakacji!
Mandżuria 2010-2011 – II część relacji z wyprawy
Relacja z fotoekspedycji Mandżuria 2010-2011
Pekin
W samej stolicy planuję zostać krótko, maksymalnie 4 dni na załatwienie wszystkich formalności związanych z wyprawą i na wcześniej już umówione spotkanie z szefem chińskiego wydania National Geographic Traveler! To spotkanie daje mi promień nadziei i myśląc już bardziej pozytywnie planuję kolejny etap. Jednak już nazajutrz okazuje się, że kupno biletów na pociąg do Harbinu – stolicy Mandżurii, wcale nie będzie takie łatwe. Zajmuje mi to aż 2 dni! Ale już sama podróż – ok.1250 km w fotelach lotniczych, to tylko nieco ponad 7 godzin. Wciąż zaskakują mnie te skrajności i ta nieświadomość przeciętnego chińczyka o potędze własnego kraju, nie wiedzą jak są wielcy…
Już w pociągu zaczynam czuć osłabienie, z godziny na godzinę jest gorzej, temperatura na zewnątrz w miarę podróży diametralnie spada (Pekin -2C, Harbin -18). Będzie ciężko. Dojeżdżam na miejsce i czuję, że mój plan spędzenia tu dwóch dni (na załatwienie pozwoleń na poruszanie się blisko granicy) będzie nierealny. Od razu ląduję w chińskim szpitalu, jestem zmuszony zostać tu parę dni dłużej, żeby dojść do siebie. Nie mogę ryzykować, bo w kolejnym punkcie wyprawy, a tak naprawdę to w tym pierwszym – właściwym, bo bliskim Amurowi, temperatura spadła dziś do -42 stopni! Choroba nie ustępuje, a mnie nosi, mam aż tydzień opóźnienia! Spędzam tu chińskie święto nadejścia zimy (22grudnia), które nie jest obchodzone zbyt hucznie i polega na zajadaniu się tradycyjnymi pierogami (tzw. jiaozi, czyt. dżao-dzy). I tutaj też jestem zmuszony spędzić wigilię. Tradycyjnie postanawiam uczcić ten dzień 12 potrawami. Szaleństwa nie ma, jest za to czosnek, cebula, chińskie korzonki, ujgurski chleb ?naan? (pierwotnie przywieziony z Persji, znany też jako ?chleb indyjski?) i 8 innych dziwacznych ?dań?:) Po kolacji zapada trudna decyzja – mimo choroby jadę dalej, 800km na północny zachód, do ponad 200-tysięcznego miasteczka Hailar. Tam robię tylko krótki postój, by jak najszybciej dotrzeć do Mohe, a stamtąd … już tylko 100km do Amuru!
Chiński fotograf
Nad graniczną, dla mnie mistyczną rzeką mam spotkać się z chińskim fotografem, pracującym w tych stronach od 30 lat. Rozmowa z nim jest dla mnie niezwykłym źródłem informacji, bardzo konkretnych i pomocnych, ale niestety też źle rokujących… Muszę diametralnie zmienić swoje plany, okazuje się bowiem, że nie znajdę Ewenków ani Oroczenów tam gdzie wcześniej zakładałem. Oroczeni mieszkają jakieś kilkaset kilometrów od miejsca, w którym się znajduję, a Ewenków żyjących naturalnie i zgodnie ze swą kulturą w zasadzie już nie ma! Informacje, do których dotarłem wcześniej, głównie poprzez internet, okazały się być dawno już nieaktualne i przekłamane. Już parę dobrych lat temu wszystkie dziko żyjące ludy zaczęto sukcesywnie ‘ucywilizowywać’, wciskano ich kolejno do bloków na obrzeżach pobliskich miast, tak by mieć nad nimi jakąkolwiek kontrolę. Dziko żyjących pozostało ich już niewielu. Zatem ostatni przedstawiciele tych ludów, którzy uchowali się od przesiedlenia, są rozrzuceni wzdłuż rzeki, na olbrzymich połaciach niezwykle trudnych – skutych lodem terenów. Moje zadanie odnalezienia ich, poznania i uwiecznienia wydaje się być teraz co najmniej nierealne! Ale nie tracę nadziei, ruszam na ich poszukiwanie!
Rybacy!
Udaje mi się dotrzeć do wioski, położonej 90km w dół rzeki. Po 2 godzinach kręcenia się po terenie napotykam nagle tubylca. Krótka rozmowa i właściwie wpraszam się do niego na herbatę (taka stara praktyka:)), już po chwili ruszamy w kierunku jego chaty. Wchodzimy do środka i … nie mogę uwierzyć we własne szczęście! To właśnie tego od początku szukam! Jego izba przypomina te, które wyobrażałem sobie czytając historie o dziko żyjących ludach. Wszystko jest tu naturalne, a każdy przedmiot potrzebny, konieczny. Cała chata zbudowana jest z bali oklejonych błotem Amuru, pokryta deskami zachodzącymi jedna na drugą. Od dachu do stropu pozostawiona jest celowo pusta przestrzeń, która zimą chroni przed zaciekami, latem zaś wykorzystuje się ją do suszenia darów lasu i rzeki. Całość prostokątnej izby podzielono na trzy prowizoryczne pomieszczenia: salon;), kuchnię i sypialnię około dwumetrowym murkiem. Sypialnia i salon wyłożona deską, w kuchni jedynie klepisko. Wszystko wygląda absolutnie zjawiskowo, ale chyba najbardziej interesujące jest samo łóżko… Wymurowane z amurskiego mułu, o dość skomplikowanej, aczkolwiek ciekawej konstrukcji. Pod spodem posiada palenisko oraz system kanałów, przez które wydobywają się ciepłe spaliny – w ten sposób łoże staje się ciepłe i trzyma temperaturę prawie do rana. Podobne to nieco do naszych zapiecków z ?Samych swoich?. Bale, glina, jedna dziurawa szyba w oknie, a mimo wszystko w środku jest nawet w miarę ciepło (przy -40 stopniach na zewnątrz), zadziwiające!
Skoro mamy wypić herbatkę, to trzeba narąbać drwa, by móc nastawić wodę w czajniku. Ten prawdopodobnie nigdy nie był myty, ale nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie, czuję się jak w raju, doświadczam wszak długo szukanej naturalności! Mój chiński jest raczej słaby, więc nadrabiam rękoma, rysuję, uprawiam kalambury. Jednak z doświadczenia wiem, że jeśli dwoje ludzi chce się dogadać, to się dogada. Tak też się stało:) Mężczyzna okazał się być rybakiem. Jego żona zmarła jakiś czas temu, został mu tylko syn, który w tym momencie formował cegły do nowego domostwa.
Po półtoragodzinnej herbatce czuję głód, pytam o coś do jedzenia (fonetycznie – ?szyfana?). Rybak wychodzi z domu do naturalnej chłodni i po chwili przynosi zmrożone na kość ryby, nie patroszone, nie skrobane, bardzo przypominające naszą rodzimą płoć. Bacznie obserwuję każdy ruch gospodarza. Mężczyzna wrzuca ryby do wody o temperaturze, którą nazwiemy umownie pokojową, po czym z niewyjaśnionych przyczyn dodaje doń kilkanaście kawałków lodu. Chcę mu pomóc, pytam więc czy mogę wypatroszyć ryby. Niedowierzając, że potrafię z uśmiechem podaje mi rybę i nóż. Jego zdumienie trwało krótko widząc mnie w akcji
Na przystawkę gospodarz przynosi w miseczce nazbierane latem borowiny, zamarznięte na kość! Później przepyszna ryba, podawana w całości, a na koniec, co okazuje się być tu normą, szklaneczka naprawdę paskudnego chińskiego alkoholu. Mój pierwszy z nim kontakt o mały włos skończyłby się wymiotami, ale niestety, wg tradycji gość absolutnie nie może odmówić tego poczęstunku. Po posiłku przesympatyczny człowiek pokazuje mi swoje najcenniejsze skarby. Wszystko co ma pochodzi z lasu: kora drzew, huby, lecznicze korzenie (w tym ginseng, czyli żeń-szeń, którego dostaję w prezencie!). Każde znalezisko ma swoje ścisłe przeznaczenie, znajdziecie tu specyfik na każdą dolegliwość. Teraz wiem na pewno, tu ludzie natury…
W końcu zebrałem się na odwagę i pytam o nocleg. Gospodarz kiwa głową w szerokim szczerym uśmiechu, a ja wewnętrznie skaczę z radości!:) Za chwilę kolejna dobra wiadomość – przez następne dwa dni będziemy wspólnie jeździć nad rzekę (oddaloną o niecały kilometr) na połów ryb. Dla mnie bomba!:)
O świcie budzi mnie trzask rąbanego drzewa. Temperatura w izbie spadła i jest teraz nie do wytrzymania. Wstaję, by pomóc gospodarzowi. Na podwórzu stoi mały pojazd, widać że własnej konstrukcji, uruchamiany ręcznie na korbkę. Aby odpalić go po nocy, prócz ogniska pod silnikiem, trzeba zlać go kilkudziesięcioma litrami wrzącej wody. Samo uruchomienie pojazdu korbą też nie jest łatwe, potrzeba do tego dwóch ‘rosłych’ mężczyzn;) Po skromnym śniadaniu złożonym z małych suszonych rybek i borowinie (spożywanej dla zdrowotności jedynie zimą, jak tłumaczy rybak) wyruszamy na łowy.
Amur
To moje pierwsze tak poważne spotkanie z rzeką. Jedziemy 5-6 km to środkiem tej naturalnej granicy, to znów brzegiem po stronie rosyjskiej. Na szczęście nie dane nam było spotkać się ze strażą graniczną…:) Na miejscu rozstawione są już siatki, chłopaki uwijają się dość szybko, ale przy -43 stopniach i silnym wietrze nie idzie wytrzymać. Próbuje posmarować twarz tłustym kremem na mrozy, ale w tym momencie dociera do mnie, że to już nie przelewki – krem zamarzł na kamień. Aparat odmawia posłuszeństwa, chodzi w zwolnionym tempie, praktycznie nie jestem w stanie pracować. Zimny wiatr przeszywa na wylot. Ustawiam się do kolejnego kadru i nagle zauważam kropelkę wody, która skapnęła na obiektyw. Niewiele się zastanawiając chucham na szkło i przecieram je szmatką. Para z ust zamarza w ciągu ułamka sekundy (!) i w ten sposób pozbywam się obiektywu na cały dzień… Zdobywam tym samym nowe doświadczenie:) Rybacy natomiast wydają się nie czuć pogodowego dyskomfortu. Jeden z nich gołymi rękoma (!) wyciąga z lodowatej wody świeży łup. To niebywałe jak bardzo różnią się nasze organizmy… Wydobyte na powierzchnię ryby momentalnie zamarzają. Jedna z nich wypada nagle z rybackiej siatki – tradycja nakazuje wrzucić ja z powrotem do wody, jednak na powierzchni była aż kilkanaście sekund, więc niestety wrzucam ją już martwą do przerębla.
Do końca życia będę miał przed oczyma sceny, które dane mi było tu widzieć. Cała rodzina, którą tu spotkałem to mieszanka Ewenków z ludem Hydzen, który specjalizuje się w rybołówstwie. Niestety nikt z nich nie wie o mieszkających tu sto lat temu Polakach… Muszę zatem szukać dalej. Kierunek – Mangui, ok. 270km na południe.
Już wkrótce kolejna porcja wrażeń …
Tekst, zdjęcia: Paweł Chara.
Współpraca: Aneta Dec, Aleksandra Franków.
Mandżuria 2010-2011 – Wyprawa fotograficzno filmowa Pawła Chary
Mandżuria 2010 – 2011 wyprawa fotograficzno-filmowa jest jednym z etapów projektu Chiny. Termin i miejsce wyprawy pozwoli na domknięcie etapu działań związanych z dokumentacją etnograficzną oraz przyrodniczą. Jej efektem końcowym będzie album fotograficzny pt. „Chiny – skryte oblicze” wystawy, oraz pokazy filmowe i akcje edukacyjne prowadzone przez Fundację im. Ryszarda Kapuścińskiego na terenie całej Polski, skierowane także dla dzieci i młodzieży szkolnej.
Wyprawa rozpoczyna się 6 grudnia 2010, przybliżony czas powrotu to 1 luty 2011. Większość II etapu wyprawy pokonywana będzie pieszo, około 650 km, (częściowo łodziami). Kluczowymi punktami wyprawy będą miejsca zapomniane, nie odwiedzane przez turystów, najczęściej znane jedynie lokalnym mieszkańcom, wartość owych zakątków jest nieoceniana, a obcowanie z miejscami i ludami żyjącymi niezmiennie od wieków nadaje każdej fotografii niezwykłej aury.
Więcej szczegółów odnośnie charakteru i przebiegu samej ekspedycji znajduje się na stronie Autora oraz Dębnowskiego Ośrodka Kultury.
Obraz Miasta – Podziękowania
Warning: DOMDocument::load() [domdocument.load]: I/O warning : failed to load external entity "/home/users/protur/public_html/akademiafotografii/wp-content/uploads/4.xml" in /home/users/protur/public_html/akademiafotografii/wp-content/plugins/wp-simpleviewer/wp-simpleviewer.php on line 795
Fatal error: Call to a member function getAttribute() on a non-object in /home/users/protur/public_html/akademiafotografii/wp-content/plugins/wp-simpleviewer/wp-simpleviewer.php on line 800




















