Aktualności

„JEDEN KADR – DWA PLANY – TRZY TEMATY” warsztaty fotograficzne z Pawłem Charą tym razem w Bieszczadach!

Zamieścił: w dniu lip 11, 2011 w kategorii: Aktualności, Warsztaty Fotograficzne | 0 comments

Serdecznie zapraszamy do udziału w kolejnych warsztatach fotograficznych organizowanych w ramach Rzeszowskiej Akademii Fotografii – projektu prowadzonego przez Stowarzyszenie PRO-TUR, kierowanego do wszystkich miłośników i pasjonatów fotografii!

Mottem przewodnim tegorocznej, drugiej edycji warsztatów będzie istota i znaczenie planów, kompozycji i światła w świadomym budowaniu obrazu fotograficznego. Trzydniowe, wyjazdowe warsztaty poprowadzi Paweł Chara – fotograf Nikon Polska, wykładowca Akademii Nikona, a także korespondent National Geographic Traveller.

Podczas tegorocznych warsztatów podzielę się z państwem moim doświadczeniem i wiedzą z zakresu świadomej fotografii. Poprowadzę zajęcia plenerowe, a także zorganizuję tematycznie podzielone bloki wykładów i dyskusji, w trakcie których wprowadzę państwa w świat obrazu, pamiętając o naszych głównych hasłach warsztatowych: Drugi Plan, Kompozycja i Światło.
Zapraszamy do udziału wszystkie osoby zainteresowane fotografią jako środkiem wyrazu, wrażliwe na urodę otaczającego świata i światła.

Zajęcia odbędą się w dniach 2-4 września 2011r. na terenie Bieszczadów. Bazą noclegową, oraz miejscem dla wieczornych podsumowań zajęć plenerowych jest pensjonat „Hnatowe Berdo” położony w Wetlinie – samym centrum Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Będzie to także nasz główny punkt wypadowy w teren, do właściwej części zajęć.

Zajęcia obejmować będą następujące, wybrane zagadnienia:

  • metody poszukiwań motywu, przydatny sprzęt,
  • dobór odpowiedniej optyki, czyli jak wyrobić fotograficzne oko,
  • właściwy dobór sprzętu fotograficznego – jego możliwości i wpływ na ostateczny kształt fotografii (w tym fotografowanie obiektywem szerokokątnym – jak to robić właściwie i czego absolutnie nie robić),
  • dobór metody i formy fotografii w zależności od siedliska i wybranego motywu, sztuka kamuflażu,
  • praktyczne poznanie technik fotografowania w terenie, w zależności od miejsca, czasu i warunków pogodowych,
  • sztuka komponowania obrazu (głębia ostrości, kojarzenie barw, kompozycja, perspektywa) na podstawie przykładowych fotografii wraz z omówieniem technicznych stron ich wykonania (metoda, warunki, sprzęt).
  • emocje fotografa lub fotografowanej sceny (druga – i zasadnicza część – w terenie),
  • konsultacje techniczne dotyczące najbardziej optymalnych (i czasami niezgodnych z potocznymi zasadami) ustawień sprzętu fotograficznego – czyli jak to zrobić, żeby wyszło lepiej niż w planie,
  • fotografia artystyczna czy komercyjna – czy to się wyklucza?
  • relacja między fotografem a portretowaną osobą / sceną – zachowania ( w teorii i praktyce ),
  • indywidualne doradztwo i szlifowanie warsztatu każdego z uczestników,
  • dyskusja – czyli czas na najważniejsze pytania i próby znalezienia na nie właściwych odpowiedzi.

Wszelkie szczegółowe informacje, program oraz warunki uczestnictwa w warsztatach znajdują się TUTAJ!

Warsztaty organizowane z wykorzystaniem środków finansowych pozyskanych w ramach dotacji Wydziału Kultury, Turystyki i Sportu Urzędu Miasta Rzeszowa.

Warsztaty fotograficzne 2011 – tym razem Bieszczady!

Zamieścił: w dniu kwi 15, 2011 w kategorii: Aktualności, Warsztaty Fotograficzne | 0 comments

Tegoroczne warsztaty fotograficzne Rzeszowskiej Akademii Fotografii będą miały nieco inną – i naszym zdaniem jeszcze bardziej atrakcyjną niż poprzednio formułę.

Druga edycja planowana jest – nieco inaczej niż w roku ubiegłym – na przełomie drugiej połowy sierpnia  / pierwszej połowy września bieżącego roku, w formie 3 dniowych, wyjazdowych zajęć plenerowych  w Bieszczadach.  Głównym wątkiem tematycznym warsztatów będzie kompozycja i światło w świadomym budowaniu obrazu fotograficznego. Zajęcia, podobnie jak w roku ubiegłym poprowadzi Paweł Chara – fotograf Nikon Polska, a od niedawna również korespondent chińskiej edycji magazynu National Geographic Traveller.

Na chwilę obecną ustalamy dokładny termin, program i lokalizacje plenerów oraz bazy noclegowej. Wszystkie szczegółowe informacje opublikujemy niebawem i niezwłocznie po ich potwierdzeniu, a  osoby zainteresowane udziałem w warsztatach prosimy o nieco cierpliwości i … odpowiednie planowanie końcówki wakacji!

Mandżuria 2010-2011 – II część relacji z wyprawy

Zamieścił: w dniu lut 23, 2011 w kategorii: Aktualności, Relacje, Wydarzenia | 0 comments

2.01.2011r. –  10.02.2011r.
Wcześniejsze spotkanie z chińskim fotografem, znającym doskonale te tereny i zamieszkujących tu ludzi, zaowocowało masą świeżych informacji. Powiedział mi m.in., że powinienem ominąć okolice Mangui, w których nie ma nic ciekawego. Co robię? Oczywiście jadę dokładnie tam. To nie tylko przekora, ale też doświadczenie – tam gdzie wg tubylców nic się nie dzieje, tam często dzieje się najwięcej…:) Teren okazał się typowo przemysłowy, każde miasteczko gęsto zasiane lasem kominów, dziesiątki hałaśliwych fabryk. W tej zadymionej krainie natknąłem się na ślady życia Mandżurów(!), ale Ewenków, których odnalezienie jest moim głównym celem, nadal nie spotkałem. Ich poszukiwania trwają już od wielu dni, powoli tracę siły i nadzieję, morale spadło do zera. Czasem ktoś rzuci słowo na ich temat, wskaże kierunek, ale jak się później okazuje – zawsze mylnie. Kręcę się w kółko, aż w końcu docieram do Genhe. A tam…
PASTERZ
Olbrzymi wysiłek włożony w drogę, zmagania z temperaturą, zimnym wiatrem i ciężarem bagażu, w końcu się opłaciły! Mimo spękanej, poranionej od mrozu skóry i gigantycznej zmarszczce, która wyszła mi dziś pod okiem (podejrzewam, że w wyniku uszkodzenia jakiegoś nerwu) jestem przeszczęśliwy!:) W końcu, po wielu tygodniach poszukiwań odnalazłem prawdziwego Ewenka!!! Nadal nie mogę w to uwierzyć. Stara się żyć jak jego przodkowie, pasie renifery, poluje (choć jest to już zakazane przez władzę), przez okrągły rok mieszka w leśnej jurcie, niezależnie od temperatur. Tradycyjnych ubrań niestety już nie nosi, ale nie szukam tu skansenu, a jedynie naturalności. Na początek – musowo herbatka:) Po 1,5 godzinnym podgrzewaniu na palenisku lodu z pobliskiej rzeki, doczekaliśmy się wrzątku. W międzyczasie dowiaduję się, że jemu podobnych już nie znajdę, pojawiają się czasem latem, ale uciekają wraz z nadejściem pierwszych mrozów. Dotarło do mnie, że doświadczam czegoś absolutnie unikatowego! Kultura chińskich Ewenków, ich niezwykła tradycja właśnie umiera…
I niestety nie dzieje się to naturalnie, bo swój niemały wpływ wywarła Rewolucja Kulturalna i przewodniczący Mao. Władze dążyły do kulturowego ujednolicenia, niszcząc tym samym dorobek kilkudziesięciu pokoleń mniejszości narodowych. Ich działania zbierają teraz swoje żniwa…
Dopiero po herbatce gospodarz przedstawia się jako Yyi Inn (fonetycznie), pasterz reniferów, samowystarczalny, samotnie wiodący swój niezwykły żywot. Przed jego jurtą dostrzegam poroża, porozwieszane skóry i ślady reniferów odciśnięte w świeżym śniegu. Chciałbym zobaczyć jego stado, ale żeby to zrobić, jak mówi Yyi Inn, najpierw musimy je odnaleść. Powinno być gdzieś w okolicy, pasie się zupełnie samo, nawet przez 6-7 dni. Musimy wyjść z małego lasu, gdzie stało jego „domostwo”, na otwartą przestrzeń. Przekraczamy granice lasku i nagle… przechodzi mnie dziwny dreszcz, serce przyspiesza… Zamieram, przez chwilę nie mam nawet odwagi nabrać tchu. Gdzie ja jestem!?!? Stoimy właśnie w innym świecie! Wiem co to tajga, ale to co widzę jest niemożliwe. Olbrzymia biała połać, mieniąca się cekinami szronu i majaczące w oddali, powykręcane brzozy, które swoje kształty zawdzięczają wiatrom i ponad 40-stopniowym mrozom. Zakochałem się w tym obrazie bez pamięci… Pasterz przygląda mi się ze zdziwieniem, co chwilę troskliwie zerka, czy jeszcze za nim idę. Opóźniam marsz przystając co kawałek – fotografuję lub po prostu napawam się tym niecodziennym, iskrzącym widokiem. Po kilku godzinach poszukiwań, Yyi Inn zaczyna się dziwnie zachowywać. Zatrzymuje się, unosi głowę ku niebu (jakby wietrzył trop), spogląda w czapy śniegu szukając śladów swoich zwierząt, to znów rozgląda się bacznie dokoła, nasłuchuje i… rusza dalej. Mija kolejna godzina, a stada nadal nie widać. Jestem cierpliwy, cieszę się z doświadczania czegoś tak prawdziwego. Wewnętrznie krzyczę, że mi się udało! :) I w tym właśnie momencie pasterz przerywa ciszę swoimi głośnymi nawoływaniami : „hoj hoj hoj hoj hoj hoj…”. Nie jestem pewien co się dzieje, czy złapał trop, czy po prostu sobie śpiewa. :) Mija kilka sekund i naraz rozbrzmiewa cała gama brzdąknięć miedzianych dzwoneczków. Daleko, wśród brzozowych, rozświetlonych mroźnym słońcem gałązek, wyłaniają się sylwetki pędzących reniferów. To one! Ciary przechodzą mi po plecach. Pasterz i jego zwierzęta zaczynają zbliżać się ku sobie. Podchodzą kolejno do swojego pana, on tuli je na przywitanie i mógłbym przysiąc, one w jakiś sposób jego… Cudo…:)
Spędziłem tu jeszcze 3 dni, pomagając pasterzowi przy codziennych pracach i słuchając jego opowieści. Trochę ciężko rozstać się z tym miejscem i z Yyi Innem, którego po tak krótkiej chwili zdążyłem obdarzyć wielką sympatią. Na pożegnanie pasterz oddaje jeden drobny podmuch w instrument bardzo dla Ewenków istotny, używany tylko w wyjątkowych sytuacjach. Wykonany z kory, z wyrzeźbionym na końcu nosem renifera, ma symboliczną i ponoć magiczną moc. Dostał go w prezencie od swojego dziada. Niestety, prócz instrumentu nie przekazał mu opowieści o naszych rodakach budujących tu kolej transsyberyjską 100 lat temu, na co bardzo liczyłem.
Kolejny przystanek to Alihe, dawny ośrodek Oroczenów, w którym dziś nie znajdę już ?prawdziwych? ludzi tej mniejszości (mieszkają daleko stąd, ok. 500km na północny wschód), ale na pewno uda mi się zaczerpnąć nowych o nich informacji. Głównym jednak powodem, dla którego się tam wybieram, jest pewna niezwykła postać…
OSTATNIA SZAMANKA
Już od rana niecierpliwie wyczekuję spotkania. Spadnie dziś na mnie wielki zaszczyt i mam nadzieję, że dobrze wykorzystam tych parę chwil, które spędzę z ostatnią oroczeńską szamanką. Guan Kouni (fonetycznie, w języku oroczenów – Kon Koni). Wiele lat temu została przesiedlona przez chińskie władze. Zamknięto ją wówczas w bloku, wielkiej betonowej klatce, zabroniono odprawiania rytualnych tańców, śpiewów i wszystkiego, co się z szamanizmem wiąże. Na jej twarzy, w jej oczach widać głęboko wyryte znamiona przeszłości. Od lat dostosowuje się do przepisów i nałożonych na nią zakazów, ale wiem, widzę, że nigdy się z tym nie pogodziła.
Siedzimy w ciszy, obok stoi telewizor, radio, jest nawet satelita. Staruszka patrzy gdzieś w przestrzeń, nie skupiając wzroku na żadnym realnym punkcie, jakby czegoś wypatrywała. Jest nieobecna, żyje nadal w ?swoim? świecie. Naszemu spotkaniu towarzyszą na razie jedynie rzucone ukradkiem krótkie, serdeczne spojrzenia oraz drobne słowa, których zdołałem nauczyć się w języku oroczeńskim. Mimo tych wszystkich sprzętów, które nas otaczają, mimo braku wspólnego języka, realnej rozmowy, chwila jest na prawdę podniosła, wyczuwa się ten rodzaj napięcia, w jakiś sposób metafizyczny. Aż nagle Guan Kouni zaczyna mówić …
G.K. (jej słowa tłumaczy mi kobieta, która z nią mieszka):
- ?Wiele lat byłam szykowana do bycia szamanem, jednak sześć miesięcy po tym, jak przejęłam rządy od poprzedniczki władze kategorycznie zakazały tańców z duchami. Przez kolejne lata staraliśmy stosować się do tych przepisów, chociaż nie zawsze (uśmiech). Ale przyszedł moment, w którym duchy rozzłościły się, uznały, że je zdradziłam i zesłały na mnie straszną chorobę. Długo dochodziłam do siebie i już nigdy więcej nie odważyłam się z nimi tańczyć.
I tak nastał koniec – dodała.?
To nie były żarty, bajki, ani opowiastki – mówiła zupełnie poważnie, i o duchach, i o końcu. Na jej twarzy widać było skruchę. Oczy patrzyły gdzieś w głęboką dal, nie bacząc na betonową ścianę. Zapadła długa cisza. Kobieta, która mieszkała z szamanką zaproponowała nam herbatę, podejrzewam – dla rozluźnienia atmosfery. Wymieniliśmy wtedy jeszcze klika ciepłych spojrzeń, ale Guan Kouni była już daleko stąd…, czułem jej nieobecność. Zdałem sobie sprawę, że to spotkanie jest dla niej bardzo męczące, nie tyle fizycznie, co psychicznie. Zmuszam ją do powrócenia na chwilę do rzeczywistości. Na koniec – głębokim, szumiącym głosem zaśpiewała tajemniczą oroczeńską pieśń. O czym? Nie mam pojęcia, ale była ogromnie prawdziwa. Widziałem w grymasie Guan Kouni, że wędruje gdzieś daleko po brzozowych przestrzeniach…
Po kilku innych spotkaniach i szeregu zdobytych informacji decyduję się ruszyć 400km na północ od Alihe, by później odbić ok.100km na wschód. Gdzieś tam, w okolicach Amuru, prawdopodobnie spotkam Oroczenów. Ich osady powinny być porozrzucane nad brzegami rzeki oraz w pobliskich, górskich lasach.
WEN I WIEKOWE NASTOLATKI
Pierwsza moja stacja w tym regionie to Shibazhan – miasteczko, w którym zgromadzono przesiedlonych Oroczenów. Docieram tu wieczorem i od razu szukam jakiejś noclegowni. Znajduję hostel prowadzony przez chińskiego policjanta o imieniu Wen. Próbuję się czegoś od niego dowiedzieć, mówię, że szukam rodowitych Oroczenów, ale właściciel  - ni w ząb po angielsku. Widzę jak bardzo się stara, chce mi pomóc. Właściwie to dość dziwne, bo władzom nie bardzo pasuje, że poruszam się tuż przy samej granicy… Myślę, że jego podejście może mieć spory związek z moim pochodzeniem – ciągle powtarza jak bardzo ceni Polskę i nazywa mnie swoim ?phanio? (po chińsku – przyjaciel). W końcu dochodzimy do porozumienia, Wen ?załapuje? o co mi chodzi, wybiega z hostelu i wraca po godzinie ciągnąc za sobą pewną straszą panią. Jest nią Oroczenka, znająca tu wszystkich. Jest zaskoczona. Zastanawia ją, po co ktoś zadaje sobie tyle trudu, by gdzieś na końcu świata odnaleźć jej lud i zgłębić jego tajemnice. Chyba to docenia, bo patrzy na mnie tak życzliwie… Po krótkim spotkaniu czuję, że będzie dobrze:) Umówiliśmy się na poranek następnego dnia.
Nie mogę spać czekając już na wschód i nadchodzące z nim wydarzenia. Wraz z nastaniem świtu jestem już gotowy i czekam niecierpliwie na znak. W końcu rozlega się pukanie i Wen wchodzi by oznajmić, że to już czas… :) Prowadzi mnie wprost do oroczeńskiej osady… Na miejscu wita mnie już poznana wczoraj staruszka, ciągnąc od razu do swojej chaty – muszę przecież poznać całą jej rodzinę: męża, syna, synową i wnuczka. Później, koniecznie odwiedziny koleżanek:) W drodze do kolejnego domostwa wyłania się na horyzoncie malutka postać. ?Moja? przewodniczka zauważa ją i wydaje radosny, nawołujący okrzyk. Obie zbliżają się do siebie w pełnym wigoru, tanecznym kroku!:) Witają się i już we dwie idą dalej śpiewając, śmiejąc się i potancując. Co za widok – grubo ponad siedemdziesięcioletnie staruszki chichoczące jak nastolatki:) Wchodzimy do kolejnej chaty, a tam czeka już na nas ekipa czterech następnych, roześmianych starowinek. Zasiadamy wszyscy razem i nastają 3 min. niezrozumianej powagi. Nagle w progu staje kobieta o indiańskich rysach i niezwykle wymownej twarzy, odziana w długi, skórzany płaszcz przepasany kolorową wstążką. Swym przenikliwym głosem zaczyna dyskusję. Robi się na chwilę głośno, kobiety tłumaczą jej czego tu szukam. To jest odpowiedni moment na mój wcześniej uknuty plan! Wyciągam aparat i pokazuję fotografie Guan Kouni. Zapada długa cisza. Przez twarze kobiet przebiega grymas zaskoczenia, a sekundę później coś na kształt szacunku lub podziwu. Ich spojrzenie jest dla mnie odpowiedzią. Szepczą coś między sobą, po czym zaczynają się krzątać rzucając ukradkiem serdeczne uśmiechy. Po chwili pochłania je już do reszty pichcenie uroczystej kolacji. Prawdziwa oroczeńska uczta, czyli gotowane kawałki rąbanki, prawdopodobnie z mundżaka, czyli zwierzęcia mającego dla nich wielkie, symboliczne znaczenie, przypominającego bardzo naszą sarnę.
Tradycja polowań jest tu bardzo żywa, ale wszystko odbywa się w wielkiej tajemnicy, od kiedy władze ściśle zakazały łowów. Co to znaczy dla oroczeńskich mężczyzn, których polowania są od wieków głównym zadaniem, mogę się tylko domyślać… Kobietom dziś jest łatwiej, ich rola niewiele się zmieniła. Nadal zajmują się domem, z resztek zwierząt wytwarzają produkty codziennego użytku i ozdoby, a z kory brzozy tworzą istne cuda… Obdarowały mnie kilkoma podobnymi drobiazgami, za co byłem w stanie odpłacić jedynie uściskiem i nowo poznanym wyrażeniem ?koto koto?, co w potocznym języku, a nawet slangu oznacza ?wielkie dzięki?:)
Jeszcze kilka razy napotkałem oroczeńskie osady, ale każda kolejna już nieco mniejsza lub bardziej ucywilizowana. Guan Kouni miała rację mówiąc, że nastał koniec. Kobiety wywodzące się z tych mniejszości, mające dziś ok. 50 lat nie podtrzymują tradycji, inaczej się ubierają, a większość z nich nawet nie rozumie języku ojców! Ostatnie żywe dowody tych kultur to dosłownie garstka, niestety wiekowych już osób. Tak czy inaczej ich kultura oraz duma pozostawiły we mnie ogromny ślad.
Podsumowując dziś całość, dochodzę do wniosku, że mimo ogromnych komplikacji większa część planu została wykonana. Fakt, nie udało mi się odnaleźć śladów Polaków, ani jakichkolwiek o nich opowieści, a jedynie dobre skojarzenia jakie być może po sobie pozostawili w świadomości tubylców. Ale materiał fotograficzno – filmowy mam nadzieję okaże się cennym skarbem nie tylko dla Fundacji, ale również dla historii o mniejszościach świata. Udało mi się też zdobyć kilka unikalnych przedmiotów z życia codziennego tych kultur – torby z rybiej skóry, biżuterię z paciorkami z rybiego kręgosłupa, naczynia z kory brzozy, prawdziwą oroczeńską drumlę i kilka innych skarbów.
Większość czasu tak na prawdę pochłonęła droga, przemieszczanie się na tych olbrzymich przestrzeniach, poszukiwania, błądzenie. A to, co udało mi się tu opisać to tylko skrawek moich przeżyć z tej podróży. Mam jednak nadzieję, że fotografie i filmy dopowiedzą resztę…:) Wierniej i trafniej niż moje nieudolnie sklejone w opowieści słowa przeniosą Was w tamten prawdziwy, umierający świat.
Dziękuję wszystkim, których spotkałem po drodze, ludziom dobrej woli, bez których wyprawa nie miałaby miejsca i tym, którzy choćby w myślach wspierali całość przedsięwzięcia.
Chcę też podziękować współpracownikom Fundacji – Oli Franków oraz Anecie Dec, byłoby ciężko bez ich logistycznego czuwania.
Już teraz zapraszam wszystkich na wystawę!
Pozdrawiam i do zobaczenia w kraju!
Paweł Chara
Tekst: Paweł Chara, Współpraca: Aleksandra Franków, Aneta Dec.

Relacja z fotoekspedycji Mandżuria 2010-2011

Zamieścił: w dniu sty 26, 2011 w kategorii: Aktualności, Relacje | 0 comments


8. XII. 2010r. – 1.01.2011r.

Już na samym początku zaczyna się psuć. W Berlinie śnieżyca, loty mają spore opóźnienia, na lotnisku nerwowa atmosfera. Mój również przesunięto. Wszyscy czekamy na komunikat o wznowieniu startu. Kiedy po 2 godzinach drzwiczki odpraw otwierają się ponownie, zaczynam czuć smak wyprawy! :) Kołujemy po płycie lotniska dobre 2 godziny, śnieżyca wciąż przybiera na sile i w końcu dowiadujemy się, że lot jest zbyt ryzykowny i zostaje odwołany. Trafiam do dłuuugiej kolejki pasażerów chcących przebukować bilet. Najwcześniejsza opcja to lot przez Frankfurt, 11 rano następnego dnia. Po nocy spędzonej w berlińskim hotelu wracam na lotnisko. Od razu uderza mnie widok tablicy odlotów, na której przeważa słowo ?cancel?. Już po chwili wiem na pewno – czeka mnie następny dzień w kolejce. Wszędzie tłumy ludzi, niektórzy są tu uziemieni od kilku dni, napięcie wisi w powietrzu. Najpierw próbuję dostać się do okienka British Airways, stamtąd odsyłają mnie do Lufthansy, a ostatecznie dostaję bilet chińskich linii Hainan Airlines, które ponoć swoich lotów nie odwołują nigdy. Mija następna doba i po niemal 3 dniach spędzonych na lotnisku udaje mi się w końcu wylecieć. Bezpośredni kierunek – Pekin!

Pekin

W samej stolicy planuję zostać krótko, maksymalnie 4 dni na załatwienie wszystkich formalności związanych z wyprawą i na wcześniej już umówione spotkanie z szefem chińskiego wydania National Geographic Traveler! To spotkanie daje mi promień nadziei i myśląc już bardziej pozytywnie planuję kolejny etap. Jednak już nazajutrz okazuje się, że kupno biletów na pociąg do Harbinu – stolicy Mandżurii, wcale nie będzie takie łatwe. Zajmuje mi to aż 2 dni! Ale już sama podróż – ok.1250 km w fotelach lotniczych, to tylko nieco ponad 7 godzin. Wciąż zaskakują mnie te skrajności i ta nieświadomość przeciętnego chińczyka o potędze własnego kraju, nie wiedzą jak są wielcy…

Już w pociągu zaczynam czuć osłabienie, z godziny na godzinę jest gorzej, temperatura na zewnątrz w miarę podróży diametralnie spada (Pekin -2C, Harbin -18). Będzie ciężko. Dojeżdżam na miejsce i czuję, że mój plan spędzenia tu dwóch dni (na załatwienie pozwoleń na poruszanie się blisko granicy) będzie nierealny. Od razu ląduję w chińskim szpitalu, jestem zmuszony zostać tu parę dni dłużej, żeby dojść do siebie. Nie mogę ryzykować, bo w kolejnym punkcie wyprawy, a tak naprawdę to w tym pierwszym – właściwym, bo bliskim Amurowi, temperatura spadła dziś do -42 stopni! Choroba nie ustępuje, a mnie nosi, mam aż tydzień opóźnienia! Spędzam tu chińskie święto nadejścia zimy (22grudnia), które nie jest obchodzone zbyt hucznie i polega na zajadaniu się tradycyjnymi pierogami (tzw. jiaozi, czyt. dżao-dzy). I tutaj też jestem zmuszony spędzić wigilię. Tradycyjnie postanawiam uczcić ten dzień 12 potrawami. Szaleństwa nie ma, jest za to czosnek, cebula, chińskie korzonki, ujgurski chleb ?naan? (pierwotnie przywieziony z Persji, znany też jako ?chleb indyjski?) i 8 innych dziwacznych ?dań?:)  Po kolacji zapada trudna decyzja – mimo choroby jadę dalej, 800km na północny zachód, do ponad 200-tysięcznego miasteczka Hailar. Tam robię tylko krótki postój, by jak najszybciej dotrzeć do Mohe, a stamtąd … już tylko 100km do Amuru!

Chiński fotograf

Nad graniczną, dla mnie mistyczną rzeką mam spotkać się z chińskim fotografem, pracującym w tych stronach od 30 lat. Rozmowa z nim jest dla mnie niezwykłym źródłem informacji, bardzo konkretnych i pomocnych, ale niestety też źle rokujących… Muszę diametralnie zmienić swoje plany, okazuje się bowiem,  że nie znajdę Ewenków ani Oroczenów tam gdzie wcześniej zakładałem. Oroczeni mieszkają jakieś kilkaset kilometrów od miejsca, w którym się znajduję, a Ewenków żyjących naturalnie i zgodnie ze swą kulturą w zasadzie już nie ma! Informacje, do których dotarłem wcześniej, głównie poprzez internet, okazały się być dawno już nieaktualne i przekłamane. Już parę dobrych lat temu wszystkie dziko żyjące ludy zaczęto sukcesywnie ‘ucywilizowywać’, wciskano ich kolejno do bloków na obrzeżach pobliskich miast, tak by mieć nad nimi jakąkolwiek kontrolę. Dziko żyjących pozostało ich już niewielu. Zatem ostatni przedstawiciele tych ludów, którzy uchowali się od przesiedlenia, są rozrzuceni wzdłuż rzeki, na olbrzymich połaciach niezwykle trudnych – skutych lodem terenów. Moje zadanie odnalezienia ich, poznania i uwiecznienia wydaje się być teraz co najmniej nierealne! Ale nie tracę nadziei, ruszam na ich poszukiwanie!

Rybacy!

Udaje mi się dotrzeć do wioski, położonej 90km w dół rzeki. Po 2 godzinach kręcenia się po terenie napotykam nagle tubylca. Krótka rozmowa i właściwie wpraszam się do niego na herbatę (taka stara praktyka:)), już po chwili ruszamy w kierunku jego chaty. Wchodzimy do środka i … nie mogę uwierzyć we własne szczęście! To właśnie tego od początku szukam! Jego izba przypomina te, które wyobrażałem sobie czytając historie o dziko żyjących ludach. Wszystko jest tu naturalne, a każdy przedmiot potrzebny, konieczny. Cała chata zbudowana jest z bali oklejonych błotem Amuru, pokryta deskami zachodzącymi jedna na drugą. Od dachu do stropu pozostawiona jest celowo pusta przestrzeń, która zimą chroni przed zaciekami, latem zaś wykorzystuje się ją do suszenia darów lasu i rzeki. Całość prostokątnej izby podzielono na trzy prowizoryczne pomieszczenia: salon;), kuchnię i sypialnię około dwumetrowym murkiem. Sypialnia i salon wyłożona deską, w kuchni jedynie klepisko. Wszystko wygląda absolutnie zjawiskowo, ale chyba najbardziej interesujące jest samo łóżko… Wymurowane z amurskiego mułu, o dość skomplikowanej, aczkolwiek ciekawej konstrukcji. Pod spodem posiada palenisko oraz system kanałów, przez które wydobywają się ciepłe spaliny – w ten sposób łoże staje się ciepłe i trzyma temperaturę prawie do rana. Podobne to nieco do naszych zapiecków z ?Samych swoich?. Bale, glina, jedna dziurawa szyba w oknie, a mimo wszystko w środku jest nawet w miarę ciepło (przy -40 stopniach na zewnątrz), zadziwiające!

Skoro mamy wypić herbatkę, to trzeba narąbać drwa, by móc nastawić wodę w czajniku. Ten prawdopodobnie nigdy nie był myty, ale nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie, czuję się jak w raju, doświadczam wszak długo szukanej naturalności! Mój chiński jest raczej słaby, więc nadrabiam rękoma, rysuję, uprawiam kalambury. Jednak z doświadczenia wiem, że jeśli dwoje ludzi chce się dogadać, to się dogada. Tak też się stało:) Mężczyzna okazał się być rybakiem. Jego żona zmarła jakiś czas temu, został mu tylko syn, który w tym momencie formował cegły do nowego domostwa.

Po półtoragodzinnej herbatce czuję głód, pytam o coś do jedzenia (fonetycznie – ?szyfana?). Rybak wychodzi z domu do naturalnej chłodni i po chwili przynosi zmrożone na kość ryby, nie patroszone, nie skrobane, bardzo przypominające naszą rodzimą płoć. Bacznie obserwuję każdy ruch gospodarza. Mężczyzna wrzuca ryby do wody o temperaturze, którą nazwiemy umownie pokojową, po czym z niewyjaśnionych przyczyn dodaje doń kilkanaście kawałków lodu. Chcę mu pomóc, pytam więc czy mogę wypatroszyć ryby. Niedowierzając, że potrafię z uśmiechem podaje mi rybę i nóż. Jego zdumienie trwało krótko widząc mnie w akcji :)

Na przystawkę gospodarz przynosi w miseczce nazbierane latem borowiny, zamarznięte na kość! Później przepyszna ryba, podawana w całości, a na koniec, co okazuje się być tu normą, szklaneczka naprawdę paskudnego chińskiego alkoholu. Mój pierwszy z nim kontakt o mały włos skończyłby się wymiotami, ale niestety, wg tradycji gość absolutnie nie może odmówić tego poczęstunku. Po posiłku przesympatyczny człowiek pokazuje mi swoje najcenniejsze skarby. Wszystko co ma pochodzi z lasu: kora drzew, huby, lecznicze korzenie (w tym ginseng, czyli żeń-szeń, którego dostaję w prezencie!). Każde znalezisko ma swoje ścisłe przeznaczenie, znajdziecie tu specyfik na każdą dolegliwość. Teraz wiem na pewno, tu ludzie natury…

W końcu zebrałem się na odwagę i pytam o nocleg. Gospodarz kiwa głową w szerokim szczerym uśmiechu, a ja wewnętrznie skaczę z radości!:) Za chwilę kolejna dobra wiadomość – przez następne dwa dni będziemy wspólnie jeździć nad rzekę (oddaloną o niecały kilometr) na połów ryb. Dla mnie bomba!:)

O świcie budzi mnie trzask rąbanego drzewa. Temperatura w izbie spadła i jest teraz nie do wytrzymania. Wstaję, by pomóc gospodarzowi. Na podwórzu stoi mały pojazd, widać że własnej konstrukcji, uruchamiany ręcznie na korbkę. Aby odpalić go po nocy, prócz ogniska pod silnikiem, trzeba zlać go kilkudziesięcioma litrami wrzącej wody. Samo uruchomienie pojazdu korbą też nie jest łatwe, potrzeba do tego dwóch ‘rosłych’ mężczyzn;) Po skromnym śniadaniu złożonym z małych suszonych rybek i borowinie (spożywanej dla zdrowotności jedynie zimą, jak tłumaczy rybak) wyruszamy na łowy.

Amur

To moje pierwsze tak poważne spotkanie z rzeką. Jedziemy 5-6 km to środkiem tej naturalnej granicy, to znów brzegiem po stronie rosyjskiej. Na szczęście nie dane nam było spotkać się ze strażą graniczną…:) Na miejscu rozstawione są już siatki, chłopaki uwijają się dość szybko, ale przy -43 stopniach i silnym wietrze nie idzie wytrzymać. Próbuje posmarować twarz tłustym kremem na mrozy, ale w tym momencie dociera do mnie, że to już nie przelewki – krem zamarzł na kamień. Aparat odmawia posłuszeństwa, chodzi w zwolnionym tempie, praktycznie nie jestem w stanie pracować. Zimny wiatr przeszywa na wylot. Ustawiam się do kolejnego kadru i nagle zauważam kropelkę wody, która skapnęła na obiektyw. Niewiele się zastanawiając chucham na szkło i przecieram je szmatką. Para z ust zamarza w ciągu ułamka sekundy (!) i  w ten sposób pozbywam się obiektywu na cały dzień… Zdobywam tym samym nowe doświadczenie:) Rybacy natomiast wydają się nie czuć pogodowego dyskomfortu. Jeden z nich gołymi rękoma (!) wyciąga z lodowatej wody świeży łup. To niebywałe jak bardzo różnią się nasze organizmy… Wydobyte na powierzchnię ryby momentalnie zamarzają. Jedna z nich wypada nagle z rybackiej siatki – tradycja nakazuje wrzucić ja z powrotem do wody, jednak na powierzchni była aż  kilkanaście sekund, więc niestety wrzucam ją już martwą do przerębla.

Do końca życia będę miał przed oczyma sceny, które dane mi było tu widzieć. Cała rodzina, którą tu spotkałem to mieszanka Ewenków z ludem Hydzen, który specjalizuje się w rybołówstwie. Niestety nikt z nich nie wie o mieszkających tu sto lat temu Polakach… Muszę zatem szukać dalej. Kierunek – Mangui, ok. 270km na południe.

Już wkrótce kolejna porcja wrażeń …

Tekst, zdjęcia: Paweł Chara.

Współpraca: Aneta Dec, Aleksandra Franków.

Mandżuria 2010-2011 – Wyprawa fotograficzno filmowa Pawła Chary

Zamieścił: w dniu gru 10, 2010 w kategorii: Aktualności, Wydarzenia | 0 comments

Mandżuria 2010 – 2011 wyprawa fotograficzno-filmowa jest jednym z etapów projektu Chiny. Termin i miejsce wyprawy pozwoli na domknięcie etapu działań związanych z dokumentacją etnograficzną oraz przyrodniczą. Jej efektem końcowym będzie album fotograficzny pt. „Chiny – skryte oblicze” wystawy, oraz pokazy filmowe i akcje edukacyjne prowadzone przez Fundację im. Ryszarda Kapuścińskiego na terenie całej Polski, skierowane także dla dzieci i młodzieży szkolnej.
Wyprawa rozpoczyna się 6 grudnia 2010, przybliżony czas powrotu to 1 luty 2011. Większość II etapu wyprawy pokonywana będzie pieszo, około 650 km, (częściowo łodziami). Kluczowymi punktami wyprawy będą miejsca zapomniane, nie odwiedzane przez turystów, najczęściej znane jedynie lokalnym mieszkańcom, wartość owych zakątków jest nieoceniana, a obcowanie z miejscami i ludami żyjącymi niezmiennie od wieków nadaje każdej fotografii niezwykłej aury.

Więcej szczegółów odnośnie charakteru i przebiegu samej ekspedycji znajduje się na stronie Autora oraz Dębnowskiego Ośrodka Kultury.

Obraz Miasta – Podziękowania

Zamieścił: w dniu cze 17, 2010 w kategorii: Aktualności, Warsztaty Fotograficzne | 0 comments


Warning: DOMDocument::load() [domdocument.load]: I/O warning : failed to load external entity "/home/users/protur/public_html/akademiafotografii/wp-content/uploads/4.xml" in /home/users/protur/public_html/akademiafotografii/wp-content/plugins/wp-simpleviewer/wp-simpleviewer.php on line 795

Fatal error: Call to a member function getAttribute() on a non-object in /home/users/protur/public_html/akademiafotografii/wp-content/plugins/wp-simpleviewer/wp-simpleviewer.php on line 800