logo

Od Autora

„… Idea projektu zrodziła się wiele lat temu i stopniowo kiełkowała w mojej głowie. Wszystko zaczęło się gdy Sławomir Mrożek, razem z żoną Susaną, mieszkali jeszcze w Polsce, w Krakowie. Łaskawy los sprawił, że się spotkaliśmy, a Susanie spodobały się moje zdjęcia, a właściwie mój fotograficzny styl. Miałem wtedy 27 lat. Nie trudno sobie wyobrazić, jak bardzo przeżywałem to spotkanie i jak niezwykłe odcisnęło na mnie piętno. Dowiedziałem się od Susany – już po latach – że Mistrz Mrożek już wtedy przyglądał się moim fotografiom z uwagą i nie były mu one obojętne. Oczywiście w tamtym czasie nie miałem możliwości, by z nim o tym porozmawiać; właściwie o żadnej rozmowie nie mogło być mowy, ponieważ Sławomir Mrożek ponad wszystko cenił sobie święty spokój i prywatność.

Od tamtego pamiętnego spotkania minęło kilka lat. W tym czasie nie zabiegałem o kolejne. Dojrzewałem. Zaczytywałem się dziełami Mistrza, dorastałem do jego myśli i twórczości. W międzyczasie Mrożkowie wyjechali z Polski, osiedli we Francji, w Nicei, a mnie twórczość pana Sławomira coraz bardziej „infekowała”. Zrodził się we mnie rodzaj szaleństwa na jej punkcie, pewnej osobliwej fascynacji. W tamtym czasie tylko jedne myśli kłębiły się w głowie: muszę coś zrobić dla tak wybitnej postaci, spróbować pokazać go światu moimi oczami. Oczywiście marzeniem było samo bycie w otoczeniu Mistrza – marzeniem nazbyt śmiałym, jak wtedy mi się wydawało. Ale postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę. Pierwsze rozmowy na temat projektu odbyliśmy w listopadzie 2011 roku. Byłem przerażony i podekscytowany. Przedstawiłem swój pomysł, cele projektu, a także pokazałem Panu Mrożkowi moją już dojrzalszą twórczość. I… nastąpiły trzy bardzo długie miesiące ciszy. Właściwie straciłem już nadzieję, kiedy zupełnie nieoczekiwanie dostałem krótką wiadomość: hotel Copernikus, Kraków, marzec 2012 roku. Serce mi zamarło… Pan Sławomir zaprosił mnie na rozmowę, nie dodając przy tym ani słowa więcej.

Znając ogólną niechęć Mrożka do mediów oraz wszelkiego rodzaju dłuższych spotkań z ludźmi, byłem przygotowany, że usłyszę „nie” dla mojego projektu. Postanowiłem zatem, że wezmę ze sobą książkę Mistrza i poproszę o autograf (tak niechętnie rozdawany), żeby chociaż mieć jakąś pamiątkę. Jednak nie zdążyłem nawet wyjąć książki z torby, gdyż nieoczekiwanie padły słowa, które zapadną mi w pamięć do końca życia: Paweł, zgadzamy się, rozmawialiśmy dużo z Susaną. Rozmyślałem o twoich fotografiach, twoja wrażliwość jest mi bliska, myślę, że się dogadamy dodał Mistrz Mrożek z uśmiechem. I tak wszystko się na dobre zaczęło. Po piętnastu minutach rozmowy Pan Sławomir zaprosił mnie do Nicei. Tam mieliśmy rozpocząć pracę nad, jak sam o tym mówi: Pierwszym i ostatnim dziełem o Mrożku, okraszając to odrobiną uśmiechu.

Podczas spotkania w Krakowie, ustaliliśmy, że po raz pierwszy przyjadę w maju 2012 roku, jednak po namyśle, ze względu na stan zdrowia Pana Sławomira, postanowiłem przyspieszyć. Wyjechać niemal od razu po naszym pierwszym spotkaniu. Od początku wiedziałem, że ten projekt to wielkie wyzwanie, podchodziłem do niego z ogromną pokorą – jednak nie przypuszczałem, że aż tak wielkie. Szybko potwierdziło się, że Pan Sławomir, w całym tego słowa znaczeniu, jest geniuszem, a mój umysł ciągle nie gotowy, by sprostać wymaganiom kogoś takiego. Mrożek kierował do mnie myśli o niezwykłej głębi, często zamknięte w jednym zdaniu, a porażające mocą wypowiedzi kilkuset stronicowej książki. Zanim jakkolwiek zdążyłem ochłonąć, padały kolejne i kolejne. Za dużo jak na „głowę” zwykłego człowieka. Nic dziwnego, że zaczęły się problemy. Nie tylko natury osobistej (pan Sławomir poraził mnie wręcz swoim geniuszem), ale i bardziej techniczne – Mrożek werbalizuje swoje myśli w pozornie prostych i zwyczajnych słowach, jednak układ i dobór tych słów sprawiają, że wszystko nabiera nowych, zaskakujących znaczeń, a ja po minucie nie jestem ich w stanie absolutnie niczego odtworzyć czy nawet powtórzyć! Więc naturalnie zrodziła się poważna wątpliwość: czy podołam „być” z takim umysłem, a jeżeli tak, to jak długo?

Odpowiedź przyszła nadspodziewanie szybko. Po drugim pobycie w Nicei poważnie rozważałem zakończenie projektu. Poczułem się pokonany. Psychicznie. Postanowiłem porozmawiać o tym z żoną Pana Sławomira. Susana, ku mojemu zdziwieniu, nie była tym bardzo zaskoczona, jednak poprosiła mnie, bym to wszystko jeszcze raz przemyślał i nie podejmował takiej decyzji zbyt szybko. Poradziła, bym porozmawiał o problemie z przyjaciółmi w Polsce, może z psychologiem, a na koniec dodała: Sławomir bardzo ciebie polubił, jest zaangażowany, mam wrażenie jak nigdy, że może zacznie jeszcze pisać. Inspirujesz go. Ta rozmowa była punktem zwrotnym. Po powrocie do kraju wdrożyłem w życie porady Susany. Po kilku tygodniach od naszej rozmowy na szczęście (na pewno moje!) byłem silniejszy, i co ważniejsze, gotowy by powrócić do realizowania projektu. Sytuacja była bardzo dynamiczna, po kilku tygodniach dalszej współpracy, gdy pomieszkiwałem w Nicejskich hotelach, Mistrz zaproponował, bym zamieszkał w jego gabinecie! Kolejne wielkie marzenie się spełniło. Nigdy wcześniej Mrożek nie dopuścił nikogo do siebie tak blisko. Poczułem, i do dziś dnia czuję, ogromny zaszczyt jaki mnie spotkał, jednak i ogromne brzemię, jakie w związku z tym na mnie spadło.

Z początkiem czerwca, czyli po kilku tygodniach od tego szczególnego dnia zamieszkania w jego gabinecie, Mrożek wyszedł z kolejną propozycją, która zwaliła mnie z nóg. Poprosił, bym został jego osobistym sekretarzem. W najśmielszych snach nie przypuszczałem, że coś takiego może się wydarzyć. A jednak… stało się. Od tego momentu rozpoczął się kolejny, a właściwie to pierwszy etap projektu (i mówię to z absolutnym przekonaniem) – pierwszego i ostatniego dzieła o Sławomirze Mrożku … ”.

Paweł Chara